..
Drugi świat ;-)

6 | 6276
 
 
2012-05-07
Odsłon: 1780
 

Przygodowo, górsko, wspinaczkowo - Verdon i Orpierre PART II

 I więcej przygód

Tym razem, to Ola wybiera drogę. W końcu pada na coś dłuższego: La fete des nerfs 7a+ 280m.

Wstajemy wyjątkowo (jak dla nas) wcześnie, żeby rozpocząć zjazdy o 11.30. Nie zjeżdża się linią drogi, więc przed nami 3 zjazdy po 50 m; dwa do wielkiej półki, spacer nią w dół i zjazd na glebę już liną drogi. Ola robi pierwszy wyciąg 7a, trudny mega, przynajmniej moim zdaniem. Dochodzę do stanu i według skałoplanu droga idzie prosto do góry, widać dwa spity, więc idę. Trzeciego ekspresa wpinam do haka iii... koniec asekuracji. No nieee, najgorzej! Myślę sobie, że znowu wycof i stracony dzień. Wracam się do Oli po francusku. Zastanawiamy się co teraz. Obok jest droga, 7b+ najtrudniej. Idziemy! Robię pierwszy wyciąg, zajebisty tylko za łatwy na 7b+. Przez chwilę przyszła mi do głowy pewna myśl... a nieee. Dochodzi do mnie Ola. Pytam się jej czy nie chce iść kolejnego wyciągu za 7a+, nie jest przekonana. Wiedziałem, że będzie żałować. Tak też się staje, znowu jakiś łatwy ten wyciąg i znowu ta myśl... Teraz idzie Ola, trafia się jej parchate 6b+. Według hasła zespołu Su-Ko (Sułowski-Korn, á propos nowej drogi chłopaków LINK) nazywa mnie „złodziejem wyciągów”.

Wspinamy się po kolejnych wyciągach... teraz ma być 6c+. Idzie Ola, spada, jesteśmy zmęczeni. Wisimy na stanie wyjmuje telefon i patrzę 19 godz.!!! O kur... tylko takie słowa nasuwają się nam na usta. Nie tyle ze względu na to, że zaraz będzie ciemno, ale zapomnieliśmy czołówek. Zawsze były, jak są potrzebne to ich nie ma. Do końca jakieś 100m i 3-4 wyciągi. No nic, spróbujemy. Idę kolejny wyciąg w ciągu, mijam stan, ściemnia się, wychodzę nad wpinkę ze 3m, pode mną drzewo, polecieć raczej nie mogę....Szukam spita, słabo widać, do dupy. Spoglądam w topo na telefonie, częściowo się zgadza, znowu ta myśl! Czuje się leszczem. Nawet nie wiem, w którą stronę mam iść. Wracam do stanowiska i ściągam Ole. Rozmawiamy i stwierdzam, że spróbuje jeszcze raz, już tylko księżyc oświetla nam drogę. Bez sensu - mówię sobie pod nosem. Wracam do Oli. Jedyną opcją, która nam pozostaje to jazda w dół i spacerek kanionem. Jest już późno, więc dzwonią do nas chłopaki. Przedstawiamy im całą sytuację i od razu pojawia się uśmiech na ustach. Zaczynamy się powoli śmiać z tego co się dzieje i zazdrościmy pozostałej części ekipy ciepłej kawki. Godzina 22.00. Po pierwszym zjeździe zdejmujemy linę:
-Poczekaj chwilę, zklaruję linę. - mówię.
Po chwili:
-Ok, ciągnij.
-Nie idzie! - odpowiada Ola.
-Jak to? Co się mogło zaczepić, chyba nie węzeł? Nie miał o co.
-Nie wiem.

Wisimy na linie we dwójkę, raz na jednym, raz na drugim końcu i nic. O co chodzi? Jak to się mogło stać, ale mamy pecha! Po 15 min walki, dzwonimy do chłopaków. Jest mi głupio. Oni w śmiech (przynajmniej Szmajda), cieszą się, że wreszcie jakaś akcja będzie ;-). Plan jest taki: Krzysiek zrzuci poręczówkę ze 100-metrowej liny, odhaczy nasz sznurek, da nam czołówki i skończymy w zespole trójkowym....

Kiedy nasz ratownik jest przy stanie z zaklinowaną liną, opuszcza nam czołówki i kolację w postaci batoników. Krzysiek odhacza linę ( zaklinowała się w stanowisku) i po chwili rozmawiamy już w trójkę. Otóż „ta myśl”, o której wspominałem wcześniej się potwierdza, czyli wspinamy się po drodze, na którą zamierzaliśmy iść na początku! Przed nami 3 wyciągi 5c,6c+ i 7a. Godzina 00.00. Ja stwierdzam, że możemy właściwie zrobić drogę! I decyduję się prowadzić resztę. Spit, którego szukałem był jakieś 2 metry ode mnie ukryty w krzakach, a 5 m dalej stan, gdzieś między drzewami. Ale jestem ciotą!!!!! Resztę wyciągów robię w ciągu i drogę można wpisać do kapowniczka z czasem przejścia 12,5 godziny (14.00-2.30 :-)

 

 

Ucieczka z deszczu (do deszczu) – Orpierre

 

Wstaje obolały o 14.00. Parzę herbatkę, zapowiadane chmury są nad nami. Od dziś ma padać już do końca wyjazdu, więc tu się nie powspinamy. Mamy dwie opcje: 1. Saint Leger 2. Orpierre. Opcja pierwsza, to rejon nikomu nieznany, ale z opowieści wiemy, że jechać warto. Chętnie bym zobaczył nowy rejon, niestety prognozy pogody na dobrze mi znane Orpierre są lepsze i przewaga wiadomości na temat rejonu numer 2 podpowiadają nam wybór tego właśnie miejsca. Zwijamy bety i o 19 wchodzimy do knajpki na kawę. Sprawdzając fejsa i podziwiając stronę internetową jednego z naszych najlepszych czasówkowiczów :-) żegnamy Gorges du Verdon(chętnych również zapraszamy do obejrzenia! LINK).

W Orpierre...

Zdrowa wspinaczkowa kolacja o 23 i do „pachnącego” śpiwora. Następnego dnia wspin na Chateau. Postanowiłem wstawić się w Mission Imposible. Droga, noooo... perełką nie jest, ale dużo już mi tam nie zostało. Bald w dachu, bez stopni. W piątej próbie spadam z ostatniego ruchu w cruxie, dalej już tylko 7a, ahhh... może puści. Kolejnego dnia budzimy się w deszczu. „O nie najgorzej...” Pierwszy plan to rest. Jednak, gdy wjeżdżamy do miasteczka na sektorze Le Puy chyba z 15 ludzi. Ooo, sucho ;-). Stwierdzamy z Piotrkiem, że idziemy się wspinać. Podchodzimy pod skałę, a przed nami ludziki w kaskach uprawiający wspinaczkę skałkową. Rozmaity sprzęt wspinaczkowy do uprzęży przypięty mają: kości, kosteczki, Camy 3 i 4, hełm Grivell do wspinu lodowego, karabińczyki ze 3 zakręcane, przyrząd też jest, no i bez ekspresów się przecież nie da, to tak ze 20 będzie ok, buty nie zbyt ciasne – zimno, więc skarpetki być muszą, niestety na woreczek z magnezją miejsca brakło. Nie mniej jednak drogę zrobić się udało, szkoda tylko, że była obita. My też nie siedzieliśmy na tyłkach i udało się przejść kilka wspinaczek. Ostatnie trzy dni to rest, więcej deszczu, nie udane próby na Mission dla mnie i nie dokończone projekty innych.

Wyjazd dobiegł końca. Już pakujemy furę, już jedziemy, już ostatni szlug-time, już Polska...

 

Dziękuje wszystkim za ten wyjazd i pozdro z Frankenjury

 

 

 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd